Kino na literę B klasy deluxe

Dodano: 22.09.2017, Aktualizacja: 23.09.2017
Na Dzień Widzialności Osób Biseksualnych

Czy biseksualność nie istnieje? Freud przypisywał biseksualne tendencje całej ludzkości blisko 100 lat temu, sprowadzając je jednak do poziomu fazy rozwojowej, która mija. Charlotte Wolff podjęła kilka dekad później temat w swoich studiach seksuologicznych, dopatrując się anomalii poza biseksualnym spektrum. Od tego czasu powstały setki prac i manifestów biseksualności w nauce i kulturze. Jednak biseksualna rewolucja nie nastąpiła do dzisiaj, a żarciki o bujnym życiu osób BI „raz z dziewczynką”, „raz z chłopaczkiem” wciąż są normą nawet w aktywistycznych kręgach LGBTQIA+.



- Julia Gierczak -

Trzeba też przyznać, że biseksualność w kinie faktycznie nie istnieje. Jej śladów znalazłam wprawdzie niemało, jako filmoznawczyni, aktywistka, badaczka i osoba prywatnie zainteresowana tematem. Ciężko jednak mówić o inspirującej reprezentacji na w pełni satysfakcjonującym poziomie. Dostajemy zazwyczaj albo marne porno, albo historie poziomem dramy mogące inspirować, ale głównie do samobójstwa. Najłatwiej znaleźć takie pseudo-wątki i niby-postaci w mainstreamowych komediach romantycznych i kiepskich serialach adresowanych do osób 13+. Przewrotnie przyjrzę się więc tym razem produkcjom z większymi aspiracjami. Oto bardzo krótki katalog biseksualnych postaci w kinie autorskim. Dłuższy kompletuję i kiedyś ujrzy światło dzienne.

"Kobiety są głupie i trochę lesbowate"

O tym, że „kobiety są głupie i trochę lesbowate” dowiadujemy się od bohaterki jednego z najciekawszych filmów Almodovara, Wszystko o mojej matce. Tak sobie dowcipkują bohaterki podczas jednej z najbardziej beztroskich scen filmu. Wyjątkowo lubię ten film i samą scenę, ale hasło mieści w sobie jeden z najbardziej toksycznych stereotypów dotyczących biseksualnych kobiet. W kinie najczęściej są one przedstawiane jako heteryczki, które są pogubione lub w najlepszym razie eksperymentują. Oczywiście część ludzkości definiuje siebie w kategoriach płynnej seksualności, queerowości, czy też bi-ciekawości. Każdy i każda ma prawo używać wobec siebie dowolnych etykietek lub z nich całkiem rezygnować. To my definiujemy własną seksualność i tylko my mamy do tego prawo. Mimo wszystko jednak zamykanie potencjału kobiecej biseksualności w erotycznych kliszach porno albo otwieranie im drogi do nieskończoności, jako jedynego możliwego scenariusza, tożsamość wielu osób unieważnia. Tych osób, które czują się właśnie biseksualne. Almodovar to jeden z najbardziej (u)znanych twórców queerowych, który zmieścił w swoich filmach pozornie wszystkie litery seksualnego alfabetu, ale warto zauważyć, że choć współtworzy, wspólnie ze swoimi aktorkami, fascynujące kobiece postaci, to właściwie zawsze „rozwadnia” ich seksualność. Nie pozwala im raczej zająć trwałego miejsca w przestrzeni. Nie jest to ekranowy grzech, stwarza to wręcz ogromne możliwości filmowego wyrazu. Kobiety Almodovara to jednak raczej lesbijki idące na heteryckie „kompromisy” i „trochę lesbowate” heteryczki. Miejsca dla kobiet świadomie biseksualnych w tej mocno queerowej przestrzeni zabrakło. A przecież można opowiadać „almodovarowskie” historie z udziałem biseksualnych bohaterek, jak pokazała Josiane Balasko w filmie Kochanek czy kochanka.



Balasko zrobiła prawie idealny „film Almodovara”, mieszcząc w jednej produkcji skomplikowane relacje małżeńskie, poliamoryczne inicjacje, absurdalny humor i kreację Victorii Abril. Pewnie, że zrównanie biseksualności z poliamorią jest nieco kwaśne (co nie znaczy, że całkiem odrealnione), ale przynajmniej otrzymujemy obraz emancypacji seksualnej i uczuciowej bohaterki, sprowadzanej wcześniej do roli perfekcyjnej pani domu. Dodatkowo zarówno jej mąż, jak i kochanka są „przy głosie”, poznajemy całkiem dobrze ich motywacje i przeżycia. Wszystko co prawda w komediowej oprawie, w pełnej uproszczeń formule, ale może to i lepiej. Film stawia przynajmniej kilka interesujących pytań, nie udzielając na nie łatwych odpowiedzi. Nie boi się szokować (np. w trudnej do przejścia scenie seksu lesbijki z mężczyzną), ale robi to na potrzeby ciekawych eksperymentów myślowych, odnoszących się do całkiem realnych dylematów osób spoza heteronormy. Kobiety biseksualne są „trochę lesbowate” w innych znakomitych filmach, od Chabrola po Ozona, Lisę Cholodenko czy Cheryl Dunye i wielu, wielu innych realizacjach, pora jednak przyjrzeć się także męskim biseksualistom, czyli w dość powszechnym, stereotypowym przekonaniu: „gejom, którzy udają hetero”.

Biseksualni mężczyźni umierają na HIV

Jednym z najciekawszych artystyczno-filmowych manifestów biseksualności są poszukiwania Cyrila Collarda, niezwykle wszechstronnego francuskiego twórcy, który zmarł przed 40tką w wyniku powikłań związanych z AIDS. Miało to miejsce w 1993 roku, czyli w szczycie pandemii choroby w Europie. Collard zdążył jednak ukończyć Dzikie noce, film oparty na jego paraliterackim dzienniku, eksponujący przy okazji talent aktorski i muzyczne poszukiwania.


W filmie mierzymy się z tematami specyficznymi dla uniwersum biseksualnego kina: tragicznym damsko-męsko-męskim trójkątem, swobodnym obrazowaniem seksualności (na plakatach filmów opowiadających o biseksualnych postaciach najczęściej napotykam na eufemizm: „nowoczesne” podejście do seksualności, co wydaje mi się, swoją drogą, bardzo zabawne), a bohater za swoje poliamoryczne, biseksualne pożądanie zostaje „ukarany” HIV. Jednak u Collarda nic nie jest proste i schematyczne ani wydumane na siłę. Można odnieść wrażenie, że obcujemy z bardzo autentycznym i trafnym zapisem przeżyć, a HIV nie jest tutaj metodą stygmatyzowania osób queerowych, popularną w kinie głównego nurtu, tylko ważnym, mocno zaakcentowanym doświadczeniem bohatera, opartym na autobiograficznych zapiskach samego twórcy. Film (i sama autobiografia literacka Collarda) został zacytowany w znakomitej krótkometrażowej realizacji 1992 (w reżyserii Anthony’ego Doncque), opowiadającej już jednak o dojrzewaniu wyraźnie homoseksualnego chłopca. Bardzo ciekawa produkcja, która jednak porusza już zgoła odmienne tematy. Collard jest tutaj dość odległą inspiracją. Nieco inaczej sprawy się mają w znakomitym, skądinąd, komediodramacie Kennetha Branagha, Przyjaciele Petera.



Lojalnie ostrzegam, że w tym fragmencie nie mogę uniknąć spoilerów, jeżeli więc komuś zależy na odkrywaniu niespodzianek postaci we własnym zakresie, proponuję przeskoczyć wzrokiem do następnego filmu. Produkcja należy do klasy kultowych małych filmów opowiadających o ewolucji relacji przyjaciół z czasów szkolnych lub studenckich. Można ją zmieścić obok Ogni św. Elma Joela Schumachera czy Wielkiego chłodu Lawrence’a Kasdana i kilku jeszcze niby podobnych, a jednak na swój sposób bardzo unikatowych produkcji. W filmie Branagha bohaterowie wraz z żonami, mężami, partnerami, ale również z zakopanymi gdzieś na dnie traumami i nieporozumieniami zjeżdżają do posiadłości wspólnego przyjaciela. Tytułowy Peter, postrzegany jako grupowy autorytet, ale również dziwak o niezrozumiałej tożsamości (pojawiają się sugestie co do jego aseksualności), w dwóch kulminacyjnych scenach filmu ujawnia się jako osoba biseksualna i nosiciel wirusa HIV. Akcja filmu rozgrywa się w 1992 roku, w czasach, w których HIV był traktowany jak wyrok śmierci, a osoby żyjące z chorobą często nie mogły liczyć na wsparcie nie tylko społeczeństwa, ale również najbliższych. Dzisiaj wciąż jesteśmy daleko od ideału, ale przez ponad dwie dekady zmieniło się jednak w tej kwestii bardzo wiele. Seksualność bohatera – trochę ekscentryka, trochę mentora i snoba, trochę wreszcie dandysa w typie Oscara Wilde’a, którego aktor miał okazję zresztą zagrać w brytyjskim serialu – zostaje potraktowana bardzo pretekstowo, co nieco rozczarowuje. Szczególnie, że film jest poza tym wyborną i błyskotliwą komedią charakterów. Choć przykłady ciekawych realizacji opowiadających o żyjących z HIV (i umierających na ekranie) biseksualnych mężczyznach można by jeszcze mnożyć, to chciałabym w tym miejscu przywołać jeszcze szczególnie interesujący przykład filmu Świadkowie Andre Techine. Słynny twórca Dzikich trzcin opowiada właściwie zawsze o skomplikowanych relacjach swoich nienormatywnych bohaterów. W filmie z 2007 roku wraca również do okresu wyraźnej pandemii wirusa HIV we Francji na przełomie lat 80. i 90. Opowiada głównie o namiętnościach i zauroczeniach dojrzałego geja, ale w jego epicentrum mieści się także Mehdi, postać drugiego planu, mąż i ojciec zamknięty w heteronormie, którą przełamuje za sprawą jednopłciowej fascynacji. W filmie Techine nie padają jednoznaczne deklaracje co do tożsamości Mehdiego: czy jest on wybudzonym z hetero-małżeństwa gejem, czy mężczyzną biseksualnym, który po raz pierwszy zakochuje się w osobie tej samej płci. Ta niejasność jest zarazem słabością i siłą filmu, ponieważ Technine przy okazji eksploruje jeden z mocno obecnych tematów w queerowym kinie francuskim, czyli wątek fascynacji majętnych, dojrzałych gejów młodymi mężczyznami z krajów Maghrebu. Wiele przez to w filmie dwuznaczności, także moralnych, z którymi – co tu kryć – często wiąże się obrazowanie postaci, które nie wpisują się ani w hetero-, ani w homonormę. Można zgrzytać zębami na nadużycia, ale jest to jedno z mocno obecnych we współczesnych społeczeństwach przekonań, co siłą rzeczy znajduje odbicie w kinie autorskim.

Nisza dobrych praktyk

Choć nie jest to zbyt powszechnie przyjmowane do wiadomości, nie tylko w Polsce, to jednak queerowe filmy całkiem często opowiadają o postaciach biseksualnych. Odtwarzają biseksualną estetykę, budują swoiste bi-konwencje filmowe. W tym szerokim polu mieści się wiele produkcji, które manifestują podwójne wykluczenie osób biseksualnych (polecam przekomiczną scenę filmu Go Fish Rose Troche, w której bohaterki, lesbijki, opowiadają się za odrzuceniem osoby biseksualnej z ich kręgów jako zdrajczyni), czy też celebrują wielość możliwych ekspresji biseksualnych kobiet i mężczyzn (Transparent, Piosenki o miłości), ale to już odrębne poziomy widzialności osób biseksualnych, temat na zupełnie inną opowieść.


Julia Gierczak Autor: Julia Gierczak Kinofilka i introwertyczna aktywistka Filmoznawczyni, związana również z organizacjami feministycznymi i LGBT (m.in. Network of East West Women i Europejskim Lobby Kobiet), członkini zespołu pisma "Panoptikum", red. prowadząca numeru "Męskie ciała, męskie kultury": http://www.panoptikum.pl/nr14.php
Autorka licznych publikacji o kinie najnowszym. Kiedyś chciałaby dokończyć doktorat o filmach Francois Ozona. Kocha swojego psa i przyjaciół.

Oceń artykuł
5/5 (31)
Nie podoba

Komentuj
Komentarze
1
HEJT STOP! Zapoznaj się z warunkami dodawania komentarzy >

Dodaj komentarz
Komentarz od osoby niezalogowanej pojawi się po akceptacji moderatora.
Dozwolone znaczniki (BBCode):
[b], [i], [u], [url], [url=], [mail], [mail=], [color=], [code], [quote]
Carola (23) Olsztyn 26.09.2017 21:47
Biseksualizm jest normalny, jak wszystko, co ludzkie nie jest nam obce, ludzie.


Queer.pl © 1996-2017 Prawa autorskie zastrzeżone, ISSN 2299-9019